
Znasz to uczucie, gdy wracasz po całym dniu i marzysz tylko o tym, żeby rzucić się na coś miękkiego i zapomnieć o świecie? Problem w tym, że w bloku na 40 metrach nie ma miejsca na osobny pokój z leżanką. Większość z nas ma salon połączony z kuchnią, a w sypialni ledwo mieści się łóżko. I właśnie wtedy zaczynasz kombinować, jak wygospodarować strefę relaksu w domu, nie rezygnując z funkcjonalności. Zaufaj mi, nie potrzebujesz do tego osobnego pomieszczenia – wystarczy sprytnie zagospodarować kąt, który teraz stoi pusty albo służy za składzik.
Najpierw pomyśl o podłodze. Zamiast zimnych paneli postaw na dywan z długim włosiem – minimum 2 centymetry, żeby stopy zapadały się przyjemnie. Do tego kilka poduszek w różnych rozmiarach, najlepiej z bawełny organicznej, bo sztuczne tkaniny szybko się elektryzują i zbierają kurz. W jednym z moich pierwszych mieszkań miałam tylko 3 metry wolnej przestrzeni przy oknie, ale położenie grubego chodnika i dwóch puf sprawiło, że to miejsce stało się ulubionym punktem całej rodziny. Nie oszukujmy się – strefa relaksu w domu to przede wszystkim wygoda, a nie designerskie cuda.
Teraz sedno sprawy, czyli miejsce do leżenia. Jeśli masz gości na noc, a w ciągu dnia potrzebujesz sypialni, rozważ łóżko z pojemnikiem na pościel. To genialne rozwiązanie, bo zyskujesz dodatkowe 50-60 litrów schowka na kołdry i poduszki, które normalnie walają się po szafie. Ja osobiście uwielbiam modele z 16 cm materacem piankowym na stelarzu listwowym – nie tylko dobrze podtrzymują kręgosłup, ale też oddychają, więc nie ma problemu z pleśnieniem. Stelaz listwowy to klucz do tego, żeby materac nie odkształcał się po roku użytkowania.
Alternatywą jest kanapa z funkcją spania. Tutaj uwaga – nie każda kanapa nadaje się do codziennego spania. Szukaj modeli z mechanizmem DL, który jest prosty w obsłudze i nie wymaga siłowni do rozłożenia. Popularne wersalki często mają cienkie materace, przez co po tygodniu budzisz się z bólem pleców. Jeśli decydujesz się na taką opcję, koniecznie sprawdź, czy tapicerka welurowa jest łatwa w czyszczeniu – wierz mi, rozlana kawa czy okruchy po chipsach to codzienność, zwłaszcza jeśli strefa relaksu w domu jest też miejscem do oglądania filmów.
Oświetlenie robi tu ogromną różnicę. Zapomnij o ostrym świetle z górnego kinkieta. Postaw na lampkę stojącą z ciepłą barwą 2700 Kelvinów, ewentualnie taśmę LED za telewizorem. U mnie sprawdziła się lampa z regulacją kąta padania światła – mogę ją skierować na książkę albo rozproszyć po całym pokoju. I jeszcze jedno: nie zapomnij o zasłonach blackout. W strefie relaksu chcesz odciąć się od ulicznego zgiełku, a latem słońce o 5 rano potrafi zepsuć każdy poranny relaks.
Mam znajomą, która w swoim 30-metrowym mieszkaniu urządziła strefę relaksu w domu na balkonie. Zamontowała tam drewniane żaluzje, położyła gruby dywan z trawy syntetycznej i postawiła dwa wiklinowe fotele z poduszkami. Efekt? W weekendy spędza tam całe popołudnia z książką, a zimą dokłada koc elektryczny. To dowód na to, że nie potrzebujesz metrów, tylko pomysłu. Oczywiście balkon musi być zadaszony, żeby deszcz nie zniszczył mebli, ale jeśli masz taką możliwość – działaj.
Na koniec mała rada praktyczna: przeznacz na tę przestrzeń jeden kolor przewodni, na przykład beż lub mięty, i trzymaj się go przy doborze dodatków. Dzięki temu nawet mały kąt będzie wyglądał spójnie, a nie jak składzik przypadkowych rzeczy. Strefa relaksu w domu ma działać na zmysły – cisza, miękkość i ciepło. I to wystarczy, żeby po 15 minutach leżenia zapomnieć o całym dniu. U mnie działa to za każdym razem.